Poznański Chór Kameralny, Bartosz Michałowski

Żarty się skończyły

Żarty się jednak skończyły, gdy wszedł na estradę Poznański Chór Kameralny. Młodzi pasjonaci śpiewu, tworzący pod wodzą Bartosza Michałowskiego niezawodny i wszechstronny zespół wokalny, pokazali po raz kolejny, że nie boją się żadnych wyzwań i udźwignęli trudną, wymagającą i jednocześnie niezmiernie piękną kompozycję Arvo Pärta. Każdy dźwięk coraz mocniej angażował słuchaczy, każde słowo wyraźnie wyśpiewane oddawało sens i moc tego „Te Deum”.

 

Recenzja koncertu inaugurującego IV Festiwalu Muzyki Współczesnej im. Wojciecha Kilara

 

IV Festiwal Muzyki Współczesnej w Gorzowie Wielkopolskim rozpoczął się mocnym akcentem. I nie mam tu na myśli jednego utworu a całość skomponowanego programu.

W piątek trzynastego publiczność w Filharmonii Gorzowskiej usłyszała cztery wyjątkowe kompozycje:
Zjawiskowe „Emille Bell”, które Zygmunt Krauze napisał 16 lat temu i które brzmi pięknie i świeżo, jakby powstało wczoraj. Energetyczne kompozycje Włodka Pawlika: II koncert fortepianowy i „We are from here” na dwa fortepiany i orkiestrę smyczkową. Trochę już dziś zabawne, trochę wciąż refleksyjne 4’33” Johna Cage’a. Na koniec – „Te Deum” Arvo Pärta na trzy chóry i orkiestrę smyczkową i taśmę. Potężne brzmienie dodatkowo wzmocnione od strony wizualnej… minimalistycznym oświetleniem.
Ta orkiestra smyczkowa właściwie była jedynym punktem wspólnym wszystkich kompozycji. Poza tym – każdy z utworów otwierał w duszy zupełnie inne drzwi, budził zupełnie inne emocje.
– Lubimy szokować – tak Monika Wolińska, dyrektor artystyczna festiwalu, tłumaczyła niecodzienny wybór utworów – najbardziej obawiałam się zestawienia Pawlika z „Te deum”. Dlatego pomiędzy nimi dałam Cage’a – na uspokojenie.

„Emille Bell” to utwór bardzo przestrzenny, dokładnie wyważony, wymierzony w czasie. Tu długość każdego dźwięku ma znaczenie. Wie o tym Monika Wolińska, która pięknie przeprowadziła swoją orkiestrę przez meandry partytury. Wytrzymała ze swoimi muzykami każdą nutę, tworząc transowe wręcz continuum. Przepięknie zabrzmiały dalekowschodnie inspiracje w utworze (utwór powstał na zamówienie Korean Chamber Ensemble). Umiejętnie budowane napięcie nie pozwalało ani na chwilę oderwać się od utworu. Spodziewałam się nawet ciszy po wybrzmieniu ostatnich dźwięków, ale widocznie emocje były tak wielkie, że brawa pojawiły się nieomal natychmiast.

Jeszcze więcej okazji do oklasków dały dwie następne kompozycje. Tak odmienne od nastrojowego zjawiskowego utworu Zygmunta Krauze. Na estradzie pojawił się Włodek Pawlik. To nieczęsta jednak sytuacja (choć akurat nie aż tak rzadka na koncertach muzyki współczesnej), gdy wykonawcą jest jednocześnie kompozytor. To dodatkowa mobilizacja dla orkiestry, ale przecież akurat ten zespół lubi wyzwania (vide: występy na Woodstock w 2013 i 2014 roku). II koncert fortepianowy przypomniał mi, że to właśnie jazzmani są prawdziwymi spadkobiercami muzyki klasycznej. Improwizowane solo, próba angażowania publiczności (skuteczna), widoczna radość samego pianisty – pozytywne emocje udzielały się wszystkim do tego stopnia, że już w połowie koncertu widziałam sporo kiwających się rytmicznie sylwetek. W kolejnym utworze – „We are from here” emocje sięgnęły już przysłowiowego zenitu, tym razem także za sprawą Łukasza Pawlika, który po partnersku usiadł naprzeciwko ojca przy drugim Steinwayu. Świetnie improwizujący pianista i wiolonczelista, w tym utworze pokazał, że już jest znakomitym wykonawcą. Artystom nie było dane zakończyć od razu. Publiczność wyklaskała bis, który Panowie Pawlikowie zagrali z przyjemnością, choć z zaskoczenia, jak przyznał Włodek Pawlik („Nie spodziewaliśmy się, że będziemy bisować na festiwalu muzyki współczesnej.”)

Cisza, która zapadła na sali po przerwie, była aż nienaturalna w porównaniu z energią występu Pawlików ojca i syna. Jednak po 64 latach 4’33” Johna Cage’a nie budzi tak silnych emocji, raczej rozbawienie. Okazuje się jednak, że trzy częściowy utwór złożony z samych pauz, można wykonać oryginalnie. Najczęściej zresztą najważniejszą rolę odgrywa dyrygent – swoim gestem i zachowaniem. Monika Wolińska zachowała pełen rytuał – najpierw koncertmistrz podał ton, orkiestra się nastroiła. Następnie wszedł solista z dyrygentką i to solista dostał największe brawa, wskazany po zakończeniu gestem przez Wolińską. Wszyscy mieliśmy poczucie, że bierzemy udział w dobrze skomponowanym żarcie. – Nie sądziłam, że niektórzy dostaną z powodu tego utworu ataku śmiechu – mówiła później Monika Wolińska – Poważnie. Jeden pan z publiczności, który tego utworu nie znał, zaczął się tak śmiać, że musiał wyjść.

Poznański Chór Kameralny, Bartosz Michałowski
Inauguracja IV Festiwalu Muzyki Współczesnej w Filharmonii Gorzowskiej

Żarty się jednak skończyły, gdy wszedł na estradę Poznański Chór Kameralny. Młodzi pasjonaci śpiewu, tworzący pod wodzą Bartosza Michałowskiego niezawodny i wszechstronny zespół wokalny, pokazali po raz kolejny, że nie boją się żadnych wyzwań i udźwignęli trudną, wymagającą i jednocześnie niezmiernie piękną kompozycję Arvo Pärta. Każdy dźwięk coraz mocniej angażował słuchaczy, każde słowo wyraźnie wyśpiewane oddawało sens i moc tego „Te Deum”. Rozpędziliśmy się tak, że dzień wolny po inauguracji był aż nienaturalny – chciałoby się od razu słuchać więcej. Na kolejne atrakcje muzyczne musieliśmy poczekać do niedzieli.

Kinga A. Wojciechowska

 

Żródło: Prestoonline.pl